Nie znaleziono produktów
Użyj mniejszej ilości filtrów lub usuń wszystko
Kolekcja: Jakieś meble opisowe - test
Głównym celem Rajdów na Orientację jest odnajdywanie określonych punktów kontrolnych za pomocą mapy. Wygrywa ten, kto zrobi to w jak najkrótszym czasie. W zależności od rajdu, dany dystans można pokonać pieszo lub np. rowerem. Zaprzyjaźniona z nami uczestniczka tych zawodów swoją trasę pokonała właśnie w ten drugi sposób. Poznajcie jej relację z Kosmicznego Rajdu na Orientację stworzoną specjalnie dla Asport!
Pomysł na udział w tych zawodach zrodził się dwa tygodnie temu. Miały one stanowić małą odmianę w treningu przed UTMB. Biegając, pokonałam już wiele tras. Jazda rowerowa wydawała się więc w tym momencie idealna. Dodatkowymi argumentami przemawiającymi za moim startem w tym wydarzeniu była także bliskość miejsca, sprawdzony organizator oraz optymistyczna prognoza pogody. Dodatkowo, była to także okazja do przetestowania nowych opon w trudnym terenie.
W piątek wieczorem szybko jeszcze przygotowywałam sprzęt. Konieczne było założenie mapnika, czyszczenie i smarowanie łańcucha, sprawdzenie czy mam zapasowe dętki, łatki itp.
Przez niedopatrzenie (a właściwie błędne założenie, że start jest tam, gdzie zawsze odbywają się imprezy w Dąbrowie Górniczej) przyjechałam na miejsce prawie przed samym startem. Czasu było więc już bardzo mało, a ja musiałam jeszcze złożyć rower, przygotować picie i wiele innych rzeczy. Dosłownie kilka minut przed startem dostaliśmy po dwie mapy, aby opracować wariant zaliczania punktów kontrolnych.
Ja wybrałam następujący: 3,1,4,10,11,8,9,6,2,7,5
Na samym początku, zanim grupa się nie rozjechała, do pierwszego punktu w niewielkich odstępach przyjechaliśmy w kilka osób. Niestety, na wąskim dojeździe zderzyłam się z kolegą, który swoją prędkością, wagą i siłą odrzucił mnie w krzaki. Po nocnej ulewie było błoto, więc już do końca zawodów nie przejmowałam się, czy przypadkiem się nie ubrudzę.
Punkt numer 4 (kamieniołom) zajął trochę więcej czasu. Spowodowane to było głównie błędnym naniesieniem na mapie (różnica ok.700m) oraz złudnym założeniem, że skoro punkt nazywa się „kamieniołom” to pewnie znajduje się w środku, mimo że jest tam zakaz wstępu.
Na szczęście zdrowy rozsądek szybko podpowiedział rozwiązanie i po około dziesięciu minutach znalazłam punkt i go podbiłam.
Kolejne punkty wchodziły bez większych problemów. Nogi dawały radę nawet pod górki, prędkość nie była zła, nowe oponki bardzo fajnie się spisały.
Mniej więcej w połowie mojej trasy był punkt nr 9, który okazał się bardzo ciekawie położony. Znajdował się na zielonym pieszym szlaku, ale sam szlak miał nieco inny przebieg na mapie i w terenie. Największą niespodzianką była jednak ogromna ilość błota i gliny. Pierwotny wariant zakładał, że jadę dalej zielonym szlakiem, ale warunki jakie napotkałam, spowodowały, że zmieniłam trasę na bardziej okrężną. Wiedziałam, że przez to mogę stracić sporo czasu i pozycję, ale wizja brodzenia z rowerem w błocie po łydki była dla mnie nie do przyjęcia.
Przez około dwadzieścia kilometrów nie spotkałam nikogo, co utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że mój okrężny wariant okazał się bardzo czasochłonny i pewnie będę na końcu stawki.
Pozostałe punkty nawigacyjnie były proste, także szybko się z nimi uporałam. Na ostatnim punkcie kontrolnym spotkałam dziewczynę, która jechała z dwoma kolegami, a oni właśnie z niego wyjeżdżali. Pomyślałam sobie, że ich nie dogonię, że pewnie jeszcze przyspieszą na tych ostatnich kilometrach i już tak bardzo nie cisnęłam.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy na mecie okazało się, że jestem pierwsza wśród kobiet, a ekipy, którą spotkałam na ostatnim punkcie kontrolnym jeszcze nie ma.
Bardzo się ucieszyłam zarówno z miejsca, jak i z tego, że nie było większych wpadek nawigacyjnych.
Zdałam sobie sprawę, że brakowało mi imprezy na orientację. Przy okazji uświadomiłam sobie, że bardzo to lubię i wcale nie jestem taka najgorsza.
Czas może nie był rewelacyjny: 6 godzin 20 minut (z jedną przerwą na odpoczynek dla kręgosłupa), ale wystarczający na wygranie, bo następna dziewczyna była po mnie jakieś półtorej godziny.
Dodatkowo, dopiero po fakcie doczytałam, że trasa GIGA zalicza się do Pucharu Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację.